Premier
Donald Tusk powołał Radę Przyszłości. Złośliwi się śmieją, że to raczej rada przeszłości, bo zasiedli w niej niemal wyłącznie mężczyźni. Z kolei część naukowców i ludzie zajmujący się ochroną środowiska oburzają się, że w premierowskiej radzie zabrakło choćby jednego przyrodnika.
Czy bez zdrowej przyrody mamy szansę na jakąkolwiek przyszłość? – pytają.Mimo że to pytanie retorycznie, odpowiem: nie mamy. Upadki cywilizacji często są poprzedzane przez zniszczenie lokalnego środowiska naturalnego. W fachowej literaturze nazywa się to
ekocydem bądź ekobójstwem – ekologicznym samobójstwem.
Najświeższy przykład? Niedawne zamieszki w Iranie są przez naukowców od ochrony środowiska wiązane z wysychaniem tego kraju,
spowodowanym przez rabunkową gospodarkę wodami gruntowymi.
W świecie korporacji – a zawodowa polityka to korporacja w najbardziej krzywym zwierciadle – rady i konferencje zwołuje się zwykle po to, żeby zagadać rzeczywistość.
Powstają więc wszelkie wydmuszki duże i małe.Dobrym przykładem są odbywające się od blisko 30 lat doroczne międzynarodowe szczyty klimatyczne, które rzekomo mają doprowadzić do zahamowania zmian klimatu. Na jednym z ostatnich delegaci wreszcie oficjalnie zapisali, że za globalne ocieplenie odpowiada masowe spalanie węgla, ropy i gazu. Niestety, emisja gazów cieplarnianych od tego nie zmalała. Ba,
niegrzecznie wciąż rośnie.
Prezydent USA Donald Trump – który już dwukrotnie wycofał swój kraj z paryskiego porozumienia klimatycznego (celem tego porozumienia jest przyhamowanie globalnego ocieplenia do 1,5-2 st. C, ale to marzenie ściętej głowy) – dopiero co
ogłosił, że emisja gazów cieplarnianych niczemu i nikomu nie szkodzi. Świat się od tego zaklęcia na pewno zakręci!