Andrzej Poczobut jest wolny. Po ponad pięciu latach białoruskiego więzienia, po miesiącach informacji o jego fatalnym stanie zdrowia, niepewności, czy zobaczymy go całego i zdrowego, po latach oporu wobec reżimu Łukaszenki — wrócił. To powinna być jedna z tych chwil, w których polityka milknie. Nie dlatego, że nie ma w niej miejsca na zasługi, dyplomację, kulisy i negocjacje. Dlatego, że bohater jest tylko jeden – On.
Tyle że w Polsce nawet radość musi mieć logo partyjne.
Jeszcze dobrze nie wybrzmiały słowa „Poczobut wolny!”, a już zaczęło się wielkie szacowanie udziałów w sukcesie. Kto bardziej pomógł? Kto miał lepsze kontakty? Kto pierwszy wiedział? Kto bardziej naciskał? Kto nie przeszkadzał? Kto powinien stać bliżej kamery?
Jarosław Kaczyński przypomniał o znaczeniu relacji polsko-amerykańskich i pogratulował Karolowi Nawrockiemu. Przy okazji uderzył w rząd Tuska, sugerując, że Poczobut mógł być wolny wcześniej. Obóz władzy odpowiedział, że to rząd, służby i MSZ prowadziły skomplikowaną operację, a Donald Tusk osobiście witał Poczobuta na granicy. W tle pojawił się jeszcze Donald Trump, Amerykanie, wymiany więźniów, polskie służby, dyplomaci i cała ta wielka, niewidoczna machina, której zwykle nie da się streścić jednym tweetem.
I właśnie w tym jest największy absurd. To historia człowieka, który zapłacił ogromną cenę za przywiązanie do Polski, wolnego słowa i prawdy o Białorusi. A jednak to politycy natychmiast ustawili się w kolejce po medal.
Można zrozumieć, że każdy chce pokazać własną rolę. Można przyjąć, że rząd ma prawo mówić o pracy służb i dyplomacji. Można też przyjąć, że opozycja ma prawo przypominać o znaczeniu USA i pytać, czy wcześniej nie popełniono błędów. Ale jest coś obrzydliwego w tym, że wielka wiadomość o wolności natychmiast zamienia się w małą krajową przepychankę.
Zapraszam do lektury
Kamil Dziubka