Kilka dni temu świętowałam jedną z najdziwniejszych rocznic w swoim życiu. Nie okrągłe urodziny, nie rocznicę związku, czy zawodowy jubileusz. Minął rok, odkąd weszłam do sali fitness i zostałam.
Możecie się uśmiechnąć, bo przecież wiele z nas uprawia sport, ja sama zresztą też należę do osób, które raczej regularnie się ruszają. Ale ta historia nie będzie w gruncie rzeczy o sporcie. Będzie o głowie.
Przez lata sport zawsze gdzieś w moim życiu był. Ale bywały okresy, kiedy znikał, bo były ważniejsze sprawy. Praca, przeprowadzka, obowiązku, dzieci, lista spraw do załatwienia, która każdego ranka odrastała jak głowa hydry. W takich momentach rezygnowałam najpierw z tego, co wydawało mi się najmniej pilne. Czyli z siebie. I jestem pewna, że nie jestem w tym wyjątkiem. Jestem wręcz pewna, że wiele z nas zostało wychowanych w przekonaniu, że własne potrzeby można odłożyć na później. Najpierw dzieci, praca, partner, dom, rodzina, zakupy, rachunki, pies... A jeśli zostanie chwila, to może wreszcie zrobię coś tylko dla siebie. Problem w tym, że ta chwila bardzo często nie nadchodzi.
Aż w końcu moja przyjaciółka powiedziała "dość". Poszłyśmy razem, żeby się mobilizować. Żeby nie odwoływać, nie szukać wymówek, że jesteśmy zmęczone, pada deszcz, nie ma czasu, nie lubimy się pocić... Kobiety potrafią znaleźć naprawdę tysiące bardziej i mniej racjonalnych powodów, żeby nie poświęcić godziny samej sobie. Aż któregoś dnia przestałam szukać wymówek.
Nie, nie uzależniłam się od sportu. Uzależniłam się od grupy kilkunastu fantastycznych kobiet, które spotykają się raz, dwa razy w tygodniu i wyciskają z siebie siódme poty z uśmiechem na twarzy. Mój nastoletni syn mówi, że idealnie wpisujemy się w żartobliwy, tiktokowy trend "middle aged woman trying to be doing anything but a normal workout" (kobiety w średnim wieku robiące wszystko, tylko nie normalny trening), czyli w filmiki, na których kobiety z pełnym zaangażowaniem wykonują przedziwne ćwiczenia. Może ma rację, zwłaszcza kiedy wisimy na taśmach TRX z minami, które trudno uznać za pełne gracji.
Ale to nie ma znaczenia. Jesteśmy w różnym wieku, nasze ciała mają różne możliwości, nieraz na zajęciach narzekamy, nie dajemy rady, żartujemy, że można było zostać w domu i odpoczywać. Ale zawsze wspólnie się śmiejemy. Przekazujemy sobie pozytywną energię, cieszymy się z małego sukcesu. Nasze zajęcia nie są miejscem zwierzania się sobie z traum, narzekania na pracę, dzielenia się tym, co złe i trudne. Są miejscem, w którym można na chwilę o codzienności zapomnieć.
A że przy okazji któraś z nas jest dziś w stanie przebiec 5 km zamiast 2, inna zrobić 10 pompek, a kolejna powtórzyć 30 razy padnij powstań? Super!
Największa zmiana nie wydarzyła się jednak w moim ciele. Wydarzyła się w głowie. A najlepsze, co dał mi sport, nie wydarzyło się w lustrze. Lepiej śpię, mam więcej cierpliwości, lepiej radzę sobie ze stresem, rzadziej czuję napięcie w ramionach. Częściej wracam do domu z poczuciem, że to był udany dzień. I wcale nie dlatego, że spaliłam kilkaset kalorii.
Psychologowie powtarzają, że ruch działa jak naturalny regulator emocji. Zmniejsza poziom stresu, poprawia nastrój, pomaga odzyskać poczucie sprawczości. To nie cudowny lek, nie zastąpi terapii, jeśli jej potrzebujemy. Nie rozwiąże problemów, ale może dodać nam sił, by się z nimi mierzyć.
Dlaczego dziś o tym piszę? Bo przez lata mówiłyśmy o sporcie głównie językiem centymetrów. Schudnij, wyrzeźbij, spal, popraw, zmniejsz obwody. Serwisy społecznościowe jeszcze mocniej budują dziś opowieść o tym, że ciało jest projektem do nieustannego poprawiania.
To fatalny sposób opowiadania o ruchu, bo jeśli jedyną nagrodą ma być mniejszy rozmiar spodni, to łatwo się poddać. A co, jeśli nagrodą będzie spokojniejsza głowa, lepszy sen, więcej energii i godzinka, która należy tylko do ciebie? Czułość i troska do swojego organizmu, który łatwo zaniedbać natłoku obowiązków?
Dopiero po czterdziestce zaczynam myśleć, że ruch nie jest prezentem dla naszego ciała. Nie jest karą za zjedzone ciastko, ani nagrodą za dobrze przepracowany dzień. Nie jest kolejnym obowiązkiem do odhaczenie w imię mniejszego rozmiaru spodni. Jest jedną z najczulszych form troski o siebie, a najbardziej wdzięcznym jego odbiorcą jest nasza psychika.