Znów płacimy cenę tego, że w polityce zagranicznej jesteśmy najczęściej emocjonalni, a czasem wręcz naiwni. Polscy politycy nie powinni być zdziwieni nagłym, nacjonalistycznym przebudzeniem Wołodymyra Zełenskiego. Otóż każdy ukraiński prezydent, który jest na wojennej ścieżce z Rosją, prędzej czy później odwołuje się do UPA. Ukraińscy politycy robią tak zawsze, gdy potrzebują nacjonalistycznych głosów — a tak się składa, że Ukraina nie ma w swej historii za dużego wyboru bohaterów.
Robił tak poprzednik Zełenskiego, Petro Poroszenko, którego na Zachód ciągnął i Orłem odznaczał prezydent Bronisław Komorowski. Nie pomogło, stracił władzę.
Tak było nawet z jeszcze wcześniejszym prezydentem Wiktorem Juszczenką — który doszedł do władzy w 2005 r. tylko dzięki temu, że prezydent Aleksander Kwaśniewski i inni politycy z Unii wylobbowali powtórzenie wyborów prezydenckich na Ukrainie. Wcześniejsze głosowanie zostało sfałszowane przez ludzi Kremla, zaś Juszczenkę ktoś — można się domyślać kto — ciężko otruł.
Nie przeszkodziło to Juszczence przyznać pośmiertnie tytułów Bohatera Ukrainy — najwyższego odznaczenia Ukrainy — Stepanowi Banderze (politycznemu przywódcy UPA) i Romanowi Szuchewyczowi (dowódcy UPA). Finalnie, też mu to nie pomogło i też stracił władzę.
Kiedy dziś Zełenski idzie drogą swych poprzedników, to my znów jesteśmy zaskoczeni i oburzeni.
A powinniśmy być na to gotowi i mieć w Kijowie alternatywę — polityków skonfliktowanych z Zełenskim, perspektywicznych, a jednocześnie dystansujących się od jego gry historią.
W tej sytuacji prezydent ogłasza: "Kiedy przekonuję, że dobre relacje Polski ze Stanami Zjednoczonymi są strategiczne i niezbędne dla naszego bezpieczeństwa, gdy dbam o nie i troszczę się, by były jak najlepsze, to najpierw słyszę śmiech, a później ataki i krytykę. Po kilku dniach ci sami ludzie ścigają się o palmę pierwszeństwa w budowie Fortu Trump. Gdy podejmuję decyzje zgodne z polską racją stanu wobec Ukrainy, która coraz częściej przekracza granice dobrosąsiedzkich relacji, scenariusz się powtarza. Próbuje się w sposób skandaliczny stawiać znak równości między Prezydentem własnego państwa a Prezydentem państwa, które czci ludobójców mordujących Polaków. I znów, po paru dniach (niektórzy) politycy niejako dojrzewają i zaczynają swój błąd rozumieć".
To dowód na to, że Karol Nawrocki jest do szpiku kości antyukraiński, a jedyny pomysł, jaki ma, to trzymanie się nogawek szerokich spodni Donalda Trumpa. Szkoda, że pan prezydent milczał, gdy Trump niedawno rozpościerał w Ameryce czerwony dywan przed Putinem, którego żołdacy mordują i gwałcą ukraińskie dzieci.
Swoją drogą mam wrażenie, że dyskutując o Wołyniu zapomnieliśmy o Buczy. Gdyby nie Ukraińcy, Buczą mogłaby się stać dowolna wioska na polskiej ścianie wschodniej.
Dlatego nie potrzebujemy konfliktu z Ukrainą. Potrzebujemy mieć alternatywę wobec Zełenskiego w Kijowie. Już samo to zmieni politykę ukraińskiego prezydenta, który do tej pory żyje w przekonaniu, że jesteśmy skazani na popieranie go.
Zapraszam do lektury
Andrzej Stankiewicz