Jeszcze niedawno polscy politycy prześcigali się w tym, kto mocniej stoi przy Ukrainie. Kto szybciej wyśle czołgi, kto głośniej upomni Berlin, kto ostrzej powie, że Zachód zaspał. Był czas, gdy niemieckie hełmy stały się symbolem kunktatorstwa, a Warszawa chciała być po właściwej stronie historii. Dziś wahadło odbiło w drugą stronę. Teraz trwa konkurs nie na to, kto pomógł bardziej, lecz kto pomógł mniej.
Awantura o pociski do wyrzutni Patriot jest w tej historii symboliczna. Nie dlatego, że pytania o bezpieczeństwo Polski są nieuprawnione. Są jak najbardziej uprawnione. Państwo ma obowiązek wiedzieć, czym dysponuje, co oddaje, co dostaje w zamian i czy jego obrona nie została osłabiona. Tyle że w polskiej polityce rzadko chodzi już o prawdę. Częściej chodzi o okrzyk.
I właśnie ten okrzyk rozlega się dziś najgłośniej: oddaliście, ukryliście, zdradziliście. Tak jakby każda rakieta strącająca rosyjski pocisk nad Ukrainą była wyłącznie prezentem dla Kijowa, a nie odsunięciem zagrożenia od naszej granicy. Tak jakby wojna za miedzą była wyłącznie ukraińskim problemem, a nie polskim rachunkiem bezpieczeństwa rozpisanym na lata.
Najbardziej uderzające jest jednak co innego. Ci sami politycy, którzy w 2022 r. budowali swoją opowieść na odwadze, dziś coraz częściej budują ją na podejrzliwości wobec pomocy. Ci, którzy pytali, dlaczego inni robią tak mało, dziś pytają, czy przypadkiem nie zrobiliśmy za dużo. Z dumy z roli lidera regionu zostało licytowanie się na ostrożność, nieufność i resentyment.
Oczywiście, rząd nie może zasłaniać się wyłącznie wojskową tajemnicą. W demokracji nawet sprawy bezpieczeństwa wymagają minimum zaufania, a zaufania nie buduje się półsłówkami. Ale jest różnica między kontrolą państwa a politycznym polowaniem. Między pytaniem o procedury a podsuwaniem wyborcom sugestii, że pomoc Ukrainie jest z definicji podejrzana.
To jest najbardziej niebezpieczna zmiana ostatnich miesięcy. Polska debata zaczyna oswajać myśl, że mniej pomocy to więcej patriotyzmu, a im chłodniej wobec Ukrainy, tym bardziej "po polsku". Coś się ewidentnie skończyło.
Zapraszam do lektury
Kamil Dziubka