Po raz pierwszy obejrzałem je na studiach i zakochałem się po uszy. "Do utraty tchu", choć było klasykiem z siwą brodą, wydało mi się dziełem nad wyraz współczesnym i nowatorskim. Niepokorny debiut Jean-Luca Godarda właśnie wraca do kin w odrestaurowanej wersji 4K.
To historia miłosna. Michel (Jean-Paul Belmondo), impulsywny, pewny siebie, nieprzewidywalny przestępca, ukrywa się przed policją. Przyjeżdża do Paryża w poszukiwaniu Patricii (Jean Seberg), amerykańskiej studentki, w której jest zakochany. Kobieta jest zauroczona mężczyzną, ale zaczyna podejrzewać, że jest winien śmierci drugiego człowieka. Wydaje go policji.
Godard był wówczas krytykiem magazynu filmowego „Cahiers du cinéma" założonego przez André Bazina. "Do utraty tchu" zapoczątkowało Francuską Nową Falę, która wywróciła myślenie o kinie.
Twórcy za nic mieli sobie obowiązujące zasady scenariopisarskie czy dramaturgiczne. Przeciwstawiali się nudnemu, konwencjonalnemu rodzimemu kinu zwanego kinem papy.
Proces powstawania "Do utraty tchu" świetnie pokazuje
film "Nowa fala" Richarda Linklatera, który 21 sierpnia wejdzie do kin. Godard kierował się własną intuicją, robiąc wszystko na opak. Niekiedy przychodził na plan bez konkretnego pomysłu: to, jak nakręci daną scenę, wymyślał na poczekaniu. Ktoś mógłby pomyśleć, że to nieprofesjonalne podejście, ale w tym krył się geniusz reżysera, który potrafił opowiadać w sposób nowatorski.
Wybitne kreacje stworzył duet kochanków: Jean-Paul Belmondo i Jean Seberg. W pamięci pozostaje szczególnie ostatnia scena, w której umierający Michael wykonuje charakterystyczny gest: przesuwa kciuk wzdłuż górnej i dolnej wargi. To pożegnanie? A może mężczyzna wyraża w ten sposób żal za zdradę, której dopuściła się ukochana?
Jagoda Szelc powiedziała kiedyś, że "bez wynalazków kina autorskiego, bez Godarda nie mielibyśmy dzisiaj »Euforii«". Zgadzam się w stu procentach: "Do utraty tchu" to film, który rozpoczął nowy rozdział w historii kina.