W niedzielę w Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim odbyły się wybory samorządowe. Wyniki to wielki problem dla kanclerza Friedricha Merza. Trwa też liczenie głosów w Rosji.
W Berlinie wygrała Lewica z 25,7 proc. głosów, za nią znalazła się CDU Merza z wynikiem 18,8 proc. Podium zamyka AfD z 16,3 proc. głosów. Zieloni otrzymali 14,3 proc., a SPD - 12,1 proc. Poza parlamentem znalazł się Sojusz Sahry Wagenknecht - 4,7 proc. i Wolna Partia Demokratyczna (FDP) - 2,5 proc.
W Meklemburgii-Pomorzu Przednim AfD zdobyła 38,2 proc. Drugie miejsce przypada SPD z wynikiem 35,5 proc. Na kolejnym jest Lewica z 6,5 proc. oraz Zieloni z 5,7 proc. Poniżej 5 proc., czyli pod progiem wyborczym, znalazły się CDU (4,9 proc.) oraz Sojusz Sahry Wagenknecht (4,8 proc.)
Najistotniejsze, że CDU pierwszy raz nie weszła do regionalnego parlamentu.
Michał Kokot relacjonuje wyniki niemieckich wyborów. Krótko po ogłoszeniu wyników Merz nazwał ten wynik „katastrofą". Kanclerz nie rezygnuje. - Chcę, by nasz kraj poszedł do przodu. Niemcy są w stanie przeprowadzić reformy. One są skutecznym lekarstwem na truciznę, jakim jest autorytaryzm, głęboko przenikający do naszego społeczeństwa – zapowiedział.
Co katastrofa Merza oznacza dla Niemiec i dla Polski,
pisze Bartosz T. Wieliński.W Rosji też były wybory. I tu historyczne wyniki.
Wiktoria Bieliaszyn podkreśla: „Zgodnie z przewidywaniami niezależnych ekspertów, mimo trwającej wojny i narastających problemów gospodarczych, putinowska partia władzy Jedna Rosja osiągnęła w nich spektakularny sukces.
Z danych Centralnej Komisji Wyborczej wynika bowiem, że po podliczeniu 95,18 proc. protokołów Jedna Rosja uzyskała 57,83 proc. głosów z list partyjnych, pobijając tym samym swój wynik z poprzednich wyborów w 2021 r., w których zdobyła 49,82 proc.”.
Ostateczne wyniki zostaną ogłoszone nie wcześniej niż 25 września.
- Tegoroczne wybory do Dumy były pierwszymi, w których Rosjanie naprawdę nie mieli żadnego wyboru. Nawet najbardziej naiwni nie byli w stanie uwierzyć, że oddając głos, mogą cokolwiek zmienić –
to komentarz Iwana Prieobrażenskiego, rosyjskiego politologa.