Każda przyczepa jeździ od ośmiu do dziesięciu godzin dziennie i zatrzymuje się tam, gdzie jest najwięcej ludzi. W Rzeszowie to Urząd Wojewódzki, dworzec, Millenium Hall i Politechnika. W Radomiu dworzec, Urząd Miejski, Galeria Słoneczna i Uniwersytet Radomski. W Warszawie w poniedziałek Kancelaria Premiera, Sejm i Ratusz, we wtorek Rondo Daszyńskiego i Dworzec Centralny, w środę Mokotów i Wilanów, w czwartek Praga i mosty, a w piątek plac Piłsudskiego za Pałacem Prezydenckim i plac Powstańców Warszawy pod TVP. Słupy stoją tam, gdzie codziennie przechodzi pół Warszawy: na Marszałkowskiej przy Wilczej, na Marszałkowskiej przy PASTie i na alei Jana Pawła II przy Anielewicza. Plakaty wiszą do końca października.
W międzyczasie zdarzyło się coś, czego nie planowaliśmy. 22 września Karol Nawrocki mówił w Nowym Jorku, że ustawa o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych jest niekonstytucyjna, a kierowcy są „wzięci za zakładnika”. 1 października podpisał ją w orędziu do narodu. To ten sam podatek, który zablokował latem i który siedzi na naszym liczniku. Licznik się przez to nie cofa. Nowe pieniądze są z góry przeznaczone na dopłaty do cen paliw („każda złotówka pozyskana dzięki tej ustawie musi zostać wydana na obniżenie cen paliw”, powiedział prezydent), a ustawa i tak trafiła do Trybunału. Dziura po wetach zostaje. Zmieniło się co innego: prezydent, który przez rok wetował bez konsekwencji, pierwszy raz się cofnął. Czy przekonał go nasz licznik? Pewnie dołożyliśmy do tego małą cegiełkę, razem z cenami na stacjach i sondażami.
Andrzej Duda też wetował, kiedy ludzie wyszli na ulice w obronie sądów. Nawrocki podpisał, kiedy koszty jego wet trafiły na billboardy. Presja działa, jeśli jest publiczna, policzona i trwa dłużej niż jeden news. Dlatego nie kończymy na trzech miastach.
Prezydent wetuje, budżet to kosztuje. Pod tym hasłem chcemy wysłać licznik do Gdańska, rodzinnego miasta prezydenta, w którym przez lata kierował Muzeum II Wojny Światowej. Jeśli gdzieś rachunek za weta powinien stanąć na widoku, to tam. Przyczepa w jednym mieście to koszt kilku dni jazdy z kierowcą i druku dwóch burt. Im więcej zbierzemy w tym tygodniu, tym dłużej licznik pojeździ po Gdańsku, a jeśli zbierzemy więcej, pojedzie dalej.