Historia się powtarza, ale wcale nie zawsze jako karykatura. Kiedy Chełmoński malował swoje „wiejskie sceny rodzajowe”, a Wyspiański wybierał się do Bronowic na wesele kolegi, młodopolskiego poety Lucjana Rydla, z chłopką Jadwigą Mikołajczykówną (cóż to był za skandal, ten mezalians), dla ogółu polskiej inteligencji było już jasne, że albo uda się włączyć polski lud do polskiego narodu, przekonać go, że jego interes jest tożsamy z interesem czytelników wzruszających się nad lekturą Mickiewicza, albo z idei wolnej Polski już nigdy nic nie będzie.
Wyspiański w swoim arcydziele dźwigał się na wyżyny przenikliwości, portretując Czepca, a w zasadzie tworząc w tej postaci archetyp wszystkiego, co we wsi miastowych fascynowało, odpychało i budziło strach. I nie trzeba wcale dokładnie pamiętać tych długich godzin, które się spędzało w szkole na omawianiu niuansów „Wesela”, żeby dojść do wniosku, że w tych kwestiach spostrzeżenia Wyspiańskiego pozostają w dużej mierze aktualne. To, że obecnie większość miastowych pochodzi ze wsi w drugim czy trzecim pokoleniu, nie ma tu większego znaczenia.
Ówczesny strach łatwo zrozumieć – po rabacji galicyjskiej, po ludowej obojętności wobec powstania styczniowego. Fascynację też (życie w zgodzie z cyklem natury, wolniej, prościej, blisko przyrody, u źródła harmonii – to znamy z każdego lifestyle’owego profilu na Instagramie). Pozostaje to, co odpycha.
„Masę stanowią ci wszyscy, którzy nie przypisują sobie jakichś szczególnych wartości – w dobrym tego słowa znaczeniu czy w złym – lecz czują się »tacy sami jak wszyscy« i wcale nad tym nie boleją, przeciwnie, znajdują w tym zadowolenie”. To zdanie zanotował w latach 20. José Ortega y Gasset i na nim oparł swój słynny „Bunt mas”, cytowaną do dziś na wydziałach socjologii analizę wielkiej zmiany w naszej cywilizacji, do której doszło na przełomie XIX i XX w. Zmiany, która – ujmując to w skrócie – poluźniła skostniałe hierarchie społeczne, ale przy okazji otworzyła drogę do różnych XX-wiecznych kataklizmów.
Dziś sformułowanie „bunt mas” odmienia się przez przypadki podczas każdych wyborów, które do władzy wynoszą populistów i autokratów. Rekord frekwencji o godz. 17? Niedobrze, lud poszedł głosować… A jednak przecież, bez przekonania ludu, że jego interes jest tożsamy z – itd.
Tamto pierwsze, modernistyczne zainteresowanie ludowością natychmiast ochrzczono nieco pogardliwie „chłopomanią”, wskazując na pustotę elitarnych gestów pod adresem ludu. Dlatego trwająca obecnie powtórka tego zjawiska nazywa się inaczej, już bez cienia kpiny: zwrot ludowy.
To jest „najważniejszy proces, jaki wydarzył się w kulturze polskiej ostatnich dwóch dekad”, pisze w najnowszym numerze "Książek" prof. Przemysław Czapliński. „Zrewidował polską historię i polski model historiografii, przenicował kanon kultury polskiej, wprowadził kategorie związane z kulturą folwarczną i pańszczyźnianą do analizowania Polski po transformacji, włączył PRL do historii ponowoczesnej, zakwestionował wolnościową naturę wolnego rynku. Mówiąc inaczej, namieszał w naukach społecznych, zmienił spojrzenie na strukturę socjalną i na historię, pomógł przełamać wstydy klasowe, ujawnił przestrzenie zamknięte nowego ustroju”.
O formach emancypacji znajdziecie w nowym numerze "Książek" teksty z różnych kategorii wagowych.
Np.
Claudia Rankine, autorka książki "Obywatelka", uznanej przez "The Atlantic" za najważniejszy amerykański tom wierszy XXI wieku, opowiada Renacie Lis fascynująco o relacjach międzyrasowych w USA.
A Brytyjczyk Richard Osman, którego kryminały o czwórce emerytów detektywów są najbardziej zaskakującym fenomenem branży na Wyspach
(za chwilę premiera ekranizacji z Pierce'em Brosnanem i Helen Mirren), tłumaczy: „Postanowiłem pisać o ludziach, którzy żyli w pełnym szwungu i chcieli żyć tak dalej, ale w pewnym momencie powiedziano im, że nie mogą, a oni na to: »Nie słyszymy, co mówicie«. Jednym z przywilejów związanych z wiekiem jest to, że nie musisz już tak bardzo słuchać się innych”.
A Piotr Cieśliński swoją opowieść o siedmiu największych zagadkach matematyki rozpoczyna tak: „Fizyk Werner Heisenberg mawiał, że gdy spotka Boga osobiście, zapyta go o dwie rzeczy: kiedy ludzkość odkryje ostateczną teorię kwantowej grawitacji oraz kiedy zrozumiemy zwykłe turbulencje płynów. Może – dodawał – Bóg będzie znał odpowiedź chociaż na pierwsze pytanie”.
To wszystko - oraz znacznie więcej - w nowym, dostępnym od wczoraj numerze "Książek. Magazynu do Czytania".