Sądny wieczór dla Hołowni, sądny wieczór dla Koalicji
Piątkowy wieczór to nie dla wszystkich początek weekendowego odpoczynku. To moment, w którym zbierają się władze Polski 2050, partii Szymona Hołowni, by zdecydować co zrobić z unieważnioną drugą turą wyborów na przewodniczącego partii. Właściwie ugrupowanie nie ma najlepszych opcji na stole.
Powtórzenie drugiej tury oznacza, że znów spotkają się ze sobą radykalnie skonfliktowane Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Paulina Hennig-Kloska. Wygrana każdej z nich może doprowadzić partię i klub parlamentarny do rozpadu. To zaś może zmniejszyć stabilność koalicji rządzącej. W tym sensie to też ból głowy pozostałych koalicjantów i premiera Tuska.
A unieważnienie całego procesu wyborczego? To też nie jest wymarzone wyjście. Ma sens – choć będzie wiązać się z wielką wizerunkową ceną – tylko jeśli pojawi się inny kandydat. To znaczy, jeśli Szymon Hołownia ogłosi, że się pomylił, albo że zmienił zdanie, albo że sytuacja stała się tak dynamiczna, że postanowił powalczyć o przedłużenie swojego przywództwa w partii. Wciąż on jest tym, co tę partię łączy. Ale równocześnie po ostatnim pół roku Hołownia jest bardzo poobijany, dostał wiele ciosów, popełnił sporo błędów, przegrał kilka rozgrywek. Jeśli wróci, to jako mocno poobijany polityk. A przed nim będzie stało piekielnie trudne – jeśli w ogóle wykonalne – zadanie, by odbudować wiarygodność swoją i swojej partii.
A więc Hołownia musiałby podjąć bardzo poważne ryzyko. Żadne z rozwiązań nie będzie przyjemne. Ani decyzja o tym, by walczyć, ani patrzenie, jak rozpada się partia, w którą zainwestował sześć ostatnich lat publicznej działalności. Ale polityka to twarda gra.