Jako matka dwóch chłopców, dziś już nastoletnich, mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że nie sposób w naszej kulturze wychować chłopca, który nigdy, z żadnej strony nie usłyszałby przywołującego go do porządku komunikatu „chłopaki nie płaczą".
Mogę też powiedzieć, że niezwykle trudno jest w naszej kulturze wychować chłopca bez zabawkowej broni. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo – my, matki – próbowały być stanowcze, jak wyraźnie komunikowały otoczeniu swoje przekonania, ktoś do kogoś w końcu puści oko, a gdy na chwilę odwrócimy wzrok, syn już będzie trzymał w dłoniach plastikowy pistolet. Ale po prawdzie, już wcześniej najpewniej syn sam zrobi sobie karabin z patyków lub klocków, bo przekaz, jaki dociera do niego od małego, jest jasny – chłopiec i bitka idą w parze.
W znakomitym tekście „Mali twardziele" Monika Pastuszko pisze: „Jak być chłopcem, uczą rodzice, nauczycielki, babcie i wujkowie, przechodnie, dzieciaki, przedmioty, zabawki, bajki, opowieści, historie, kreskówki, ubrania, kolory". A uczą wciąż, że chłopiec ma być silny, duży i głośny. Twardy, a nie miękki.
Czy zatem my, matki, które chcemy wychować wrażliwych mężczyzn, jesteśmy skazane na porażkę?
Tu przywołam historię ze swojego domu. Jeden z moich synów uwielbia kino. Obejrzał wiele filmów, o których gros jego rówieśników nigdy nie słyszało. Oczywiście w tym zestawie dominują filmy „chłopackie" – bo przecież kultura robi swoje – czyli westerny, filmy wojenne. Miał też fazę na filmy o Holocauście z poruszającym obrazem „Życie jest piękne" na czele. Była też oczywiście gangsterska klasyka. Ale uwaga: „»Człowiek z blizną« nie bardzo, bo główny bohater zabija swojego przyjaciela". Spośród wojennych filmów większe wrażenie niż starocie zrobiła na młodym dość świeża pozycja „Na Zachodzie bez zmian". Jak wiadomo, bohater ginie tu na końcu w niefortunnych okolicznościach. Syn stwierdził jednak, że ta śmierć jest jedynym właściwym zakończeniem. Bo przesłanie filmu wojennego powinno być jasne: wojna zawsze i dla każdego kończy się źle. „Chłopacki" ten mój syn, pomyślałam, ale też wrażliwy i refleksyjny. I nie ma tu żadnej sprzeczności.
A skoro już jestem przy filmach, wymienię jeszcze „Braci ze stali", jeden z najmocniejszych filmów o męskości ostatnich lat. To obraz inspirowanym życiem rodziny Von Erichs, słynnego amerykańskiego rodu wrestlerów. W tej rodzinie na świat przychodzili sami chłopcy, a ojciec od małego nakreślił ich życiową ścieżkę – mieli być najtwardsi, najsilniejsi i niepokonani. I tacy też byli. Do pewnego momentu.
Na Von Erichsów spadło wiele tragedii, mówiło się, że na rodzinie ciąży klątwa. W istocie była to klątwa toksycznej męskości aplikowanej synom przez ojca.
Obraz dobrze pokazuje, jak dalece taka męskość krzywdzi samych mężczyzn. Film kończy jednak piękna scena. Dorosły już syn ojca despoty, ten, który wielokrotnie był najtwardszy, najsilniejszy i niepokonany, sam będący już ojcem, po latach tłumienia emocji w końcu się rozkleja i zaczyna płakać, a świadkami tego są dwaj jego synkowie. Bohater oczywiście się tłumaczy i pada niesławne „chłopaki nie płaczą". Ale synkowie przytulają ojca z czułością, zapewniają, że to nieprawda i samych siebie stawiają za przykład. Otóż czasami lepszym wzorem męskości dla mężczyzny niż jego własny ojciec mogą okazać się jego mali synowie. Bo „wrażliwy chłopiec" to naprawdę nie jest oksymoron.