Żyć Lepiej. Psychologia Codziennie

Poniedziałek, 26 stycznia 2026

Magdalena Karst-Adamczyk
redaktorka Wysokich Obcasów

W czasach szkoły podstawowej tańczyłam w zespole ludowym. Zespół miał historię, osiągnięcia i ambicje, wrósł w tkankę mojego rodzinnego miasta. Występowaliśmy na lokalnych scenach, ale też na międzynarodowych festiwalach. Był w tym element młodzieńczej zabawy, ale było też sporo dyscypliny, emocji, nie brakowało wyzwań. Kiedy poszłam do szkoły średniej, zamknęłam ten etap dzieciństwa jednocześnie z uczuciem ulgi i żalu.

Jakiś czas później, mając 26 lat, spotkałam się z moją taneczną grupą ponownie – zaproszono nas do udziału w uroczystym koncercie z okazji jubileuszu zespołu. Ćwiczyliśmy przez kilka miesięcy, doskonaląc nasz popisowy układ, odżyły pasja i dawna zażyłość. Jednak było to spotkanie tylko na chwilę, bo w tamtym czasie wszyscy zaczęliśmy zakładać rodzimy, rozkręcać swoje życie zawodowe, śnić o podboju świata (gdy ma się dwadzieścia kilka lat wciąż wszystko wydaje się możliwe). Krótko mówiąc - nie mieliśmy czasu, by zatrzymać się ze sobą na dłużej.

Ale do trzech razy sztuka.

Piętnaście lat później, czyli jakieś dwa-trzy lata temu, spotkałam znów moją grupę przy okazji kolejnego zespołowego jubileuszu. Większość w okolicy 40., jakoś w życiu poukładana, z różnymi sukcesami i porażkami na koncie, z uczuciem spełnienia i niespełnienia, a przede wszystkim z większą wiedzą, co się naprawdę liczy i ze świadomością, że czasami można więcej znaleźć zatrzymując się, niż biegnąc na oślep przed siebie. Znów zaczęliśmy tańczyć. I choć na początku była trema, wstyd i pewnie nie mało skrywanych kompleksów, w końcu znaleźliśmy w sobie swobodę i radość, odkrywając przy okazji, jak silnym spoiwem dla relacji są wspólne wspomnienia. Tym razem po finałowym jubileuszowym występie stwierdziliśmy, że nie możemy i że nie chcemy się rozstawać.

Od tamtej pory spotykamy się regularnie (choć mieszkamy w kilku różnych miastach i każdy ma wypełniony kalendarz), sformalizowaliśmy nasz zespołowy byt i dajemy z siebie, ile możemy. Zespół stał się dla każdego z nas ważną częścią życia.

I teraz właściwa opowieść. Nasza choreografka, Marta, jest ambitna i bardzo kreatywna, a także ma dobre zdanie na temat naszych możliwości, więc stawia przed nami nie tyle zadania, co wyzwania. Nie idzie prostą drogą, ale cały czas podnosi poprzeczkę. W swojej pierwszej choreografii zaserwowała nam dość skomplikowaną polkę po kole. Trudność polegała na tym, że co kilka taktów zmienia się kierunek obrotu, i nie chodzi tylko o prawo-lewo, ale także przód-tył. A ponieważ w każdej tanecznej parze są cztery nogi i dwie głowy, jest się o co potykać i komu mylić. Przyznam szczerze – długo się z tym mocowaliśmy. Jęczeliśmy, sugerowaliśmy zmiany. Marta jednak była nieugięta – dyscyplinowała nas (nie gadać, ćwiczyć), ale też motywowała (dacie radę, kto jak nie wy).  I choć wydawało się nam, że to się nigdy nie uda, pewnego dnia coś zaskoczyło i to, co wydawało się trudne i nieosiągalne, stało się dziecinnie proste. Od tamtej pory, gdy w kolejnych układach pojawiają się schody, które wydają nam się za wysokie, ktoś rzuca hasło „a pamiętacie, jak było z polką?” i automatycznie przestajemy jęczeć, bo już wiemy, że „trudne” to nie to samo co „niemożliwe”. Nawet dla czterdziestoletnich tancerek i tancerzy.

Nie ukrywam, że do tańczenia po latach wróciłam ze sporym wstydem i lękiem, bałam się, że nie podołam, że źle wypadnę na tle innych i jestem pewna, że nie byłam z tymi uczuciami sama, bo każda/każdy z nas musiał pokonać jakieś własne psychiczne ograniczenia. Dziś już wiem, że nieosiągalne jest dużo dalej, niż sądzimy, a progres jest zawsze w zasięgu. Trzeba tylko ćwiczyć, pracować, ale też nie poddawać i nie zniechęcać niepowodzeniami. A dobre, wspierające otoczenie jest jak podmuch w nasze żagle.

Przełożyłam sobie tę wiedzę zdobytą na sali prób i przeniosłam do innych sfer życia, np. zawodowego czy osobistego. Myślę o naszej polce, gdy projektuję sobie w głowie,  że czemuś nie podołam, czegoś nie zdołam już nauczyć i gdy uważam, że osiągnęłam maksimum swoich możliwości.

Kiedy rozmawiam z osobami uprawiającymi sport, widzę, że mają podobne doświadczenia i że różne rodzaje aktywności fizycznej mogą przekładać się na motywację w pozasportowych obszarach. Robiłam niedawno wywiad z młodą kobietą, której rodzina i ona sama jest obciążona niezwykle poważną chorobą. Moja rozmówczyni powiedziała, że pomimo okoliczności, czuje się silna, a swoją siłę odkryła właśnie na sali treningowej. Opowiadała, że niejednokrotnie w czasie treningów opadała z sił, miał poczucie, że więcej z siebie nie wyciśnie, więcej nie udźwignie, ale kiedy grupa motywowała ją, okazywało się, że kres możliwości jest znacznie dalej, niż sądziła. I zdała sobie sprawę, że w życiu poza sportem jest podobnie.

Nie jesteśmy w stanie siłą motywacji pokonać choroby i wielu życiowych trudności, ale może ona wystarczyć, by przestawić granice własnych możliwości, które wyznaczyliśmy sobie w swoich głowach.

MĘSKA KOŃCÓWKA

Przemysław Bluszcz: Nosiłem w sobie żal do mamy. Jej odejście zabetonowało mnie emocjonalnie
Bardzo dziękuję mojej byłej żonie, która uświadomiła mi, że w naszym małżeństwie jest coś bardzo nie tak. Postawiła warunek: albo pójdę na terapię, albo się rozstajemy. Rozmowa z Przemysławem Bluszczem, aktorem filmowym i teatralnym.
CZYTAJ WIĘCEJ

RELACJE

EKSPERTKI ODPOWIADAJĄ CZYTELNICZKOM

SEKS

PRACA OPIEKUŃCZA

REKOMENDACJE DLA CIEBIE