Human Rights Watch (HRW) uznała miniony rok za "punkt zwrotny". W ciągu 12 miesięcy administracja Trumpa "przeprowadziła szeroko zakrojony atak na kluczowe filary amerykańskiej demokracji i globalny porządek oparty na zasadach, w którego ustanowieniu Stany Zjednoczone (...) odegrały kluczową rolę", wykorzystywała „rasistowskie stereotypy, aby przedstawić całe społeczeństwa jako niemile widziane" oraz „przyjęła politykę i retorykę zgodną z ideologią białego nacjonalizmu" –
napisał dyrektor wykonawczy HRW, Philippe Bolopion.
To nie pierwsza, ale chyba najbardziej alarmująca, ocena tego, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych podczas drugiej kadencji Donalda Trumpa. Eksperci zarzucają mu, że wykazał się „rażącym lekceważeniem praw człowieka i dopuścił się poważnych naruszeń".
Alarmu z USA nie można lekceważyć. Zbyt wielu politykom marzy się taki sam styl rządów, jaki reprezentuje Trump. Nawet jeżeli w ich krajach wygląda to nieco karykaturalnie, nie oznacza, że nie są groźni. Także tu, w Unii Europejskiej.
Bliski jest mi pogląd, że właśnie UE razem z Wielką Brytanią, ale też kilkoma innymi krajami z Azji i Ameryki Południowej oraz Kanadą stworzą wspólnotę krajów, które skutecznie zatrzymają destrukcję państwa i społeczeństwa.
Nie będzie to łatwe. Autokraci imponują, uwodzą, fascynują. Ale zwykle proponowana przez nich droga prowadzi na manowce, a niekiedy do ogromnych nieszczęść.