Profesor uzmysłowił mi, jak kruche i krótkotrwałe było „my” stworzone przez tradycję sarmacką i jak niewielkiej grupy dotyczyło. „My” mówiło bowiem jedynie 10 procent społeczeństwa, reszta się nie liczyła. A potem stało się coś strasznego – rozbiory Polski. Trauma utraty państwa dotknęła wszystkich, ukształtowała nas i napiętnowała na dziesiątki lat. Polska tożsamość jest ufundowana na stracie, na żalu po śmierci państwa, które okazało się nietrwałe. Do dzisiaj w nas to siedzi, czy tego chcemy, czy nie. Nic się nie zmieniło.
Prezydent Nawrocki rozbił to moje przekonanie w pył. – Nigdy nie podpiszę ustawy, która uderza w naszą suwerenność, niezależność, bezpieczeństwo ekonomiczne i militarne – wypowiadał słowa, które – okazuje się – są warte mniej niż powietrze, jakie w tym czasie wydychał. W rzeczywistości jest gotowy przehandlować każde z tych słów za towar o wiele cenniejszy – za władzę.
Kiedy mówi o wspólnocie, o naszym „my”, myśli o tej części, która podziela jego poglądy. Reszta się nie liczy.
Utrzymać władzę, odebrać ją Tuskowi, oddać „nam”, bo „nam” się należy. Kto się nie zgadza, ten zdrajca. Reszta nie ma znaczenia. Polska? A co Polska ma z tym wspólnego?
Polska wypracowała i mogła być największym beneficjentem programu SAFE. Mogliśmy dostać około 44 mld euro nie tylko na modernizację polskiej armii, ale także Straży Granicznej, policji czy Służby Ochrony Państwa.
PiS z prezydentem zawołali jednak „veto!”. Bo Tusk, bo utarli mu nosa, temu „zdrajcy”. Radują się, jak na weselu i nie słyszą, jak Chochoł znowu drwi z Jaśka.