|
Percy Harrison Fawcett był brytyjskim pułkownikiem, kartografem i odkrywcą. Spędził wiele lat na ekspedycjach w Ameryce Południowej, mapując obszary, które były niemal nieznane Europejczykom. Przeżył malarię, głód oraz spotkania z plemionami, o których w Londynie krążyły raczej legendy niż rzetelne relacje.
W 1925 roku wyruszył w swoją ostatnią wyprawę.
Celem było odnalezienie miejsca, które nazwał „Miastem Z”
— starożytnego miasta ukrytego w sercu Amazonii, o którym, jak wierzył, wspominały stare rękopisy i indiańskie przekazy. Fawcett był przekonany o jego istnieniu. Zabrał ze sobą syna Jacka oraz jego przyjaciela Raleigha Rimella.
Trójka mężczyzn weszła do dżungli w dorzeczu Xingu.
I to wszystko.
Nie było żadnych dalszych wiadomości. Żadnego listu ani znalezionego ciała. Tylko cisza, która z każdym miesiącem stawała się coraz bardziej niepokojąca.
Przez następne lata różne ekspedycje próbowały odnaleźć ślad Fawcetta. Niektóre z nich same wpadały w kłopoty. Wokół poszukiwań narosła legenda, zgodnie z którą zginęły dziesiątki— chociaż historycy do dziś spierają się, ile w tym faktów, a ile mitu.
Jedno pozostaje pewne: do dziś nie wiadomo, co tak naprawdę stało się z Fawcettem, jego synem i Rimellem.
Kiedy po raz pierwszy natknąłem się na tę historię, pomyślałem: to brzmi jak powieść przygodowa.
Pułkownik-kartograf. Zaginione miasto. Amazonia. Ostatnia wyprawa. Dżungla, która zamyka się za człowiekiem jak drzwi bez klamki.
I ten jeden szczegół:
Fawcett prosił, aby w razie jego zaginięcia nikt nie wysyłał po niego ekspedycji ratunkowej.
Jakby wiedział, że są miejsca, do których człowiek wchodzi na własną odpowiedzialność.
A potem natknąłem się na „Ostatnie zaginione miasto” Fernanda Gamboa.
Gamboa wziął tę historię — prawdziwą, nierozwiązaną, obrosłą legendami — i zadał pytanie, które pozostaje w głowie każdemu, kto choć raz przeczytał o Fawcetcie:
A jeśli on się nie mylił?
A jeśli Miasto Z naprawdę istniało?
|