Ocena z zachowania? W Białorusi i Polsce

Piątek, 12 czerwca 2026
wicenaczelna "Wyborczej" Kraków
Dzień dobry,
Czasem kilka tekstów przeczytanych jednego dnia układa się w opowieść o tym samym problemie. Dziś trafiłam na takie, które mówią o samotności i granicach przesuwających się w niepokojącym kierunku. 

Zacznijmy od historii, która wywołała poruszenie wśród nauczycieli i ekspertów od bezpieczeństwa w sieci. NASK alarmuje o nowej formie cyberprzemocy: dzieci są przez dzieci wystawiane na sprzedaż na platformach sprzedażowych. Przy prawdziwych zdjęciach pojawiają się obraźliwe opisy, ceny i komentarze odzierające ofiary z godności. To nie są to niewinne żarty. Skala upokorzenia jest dziś nieporównywalna z tym, co działo się przed erą kanałów społecznościowych, a sprawcy są bezkarni.

Drugi temat to starzenie się Polski. Do 2035 r. liczba osób po 75. roku życia wzrośnie o ponad 40 proc., tymczasem miejsc w domach opieki i osiedlach dla seniorów (tak, mamy takie w Polsce) jest dramatycznie mało. Tradycyjny model, w którym opiekę zapewnia rodzina, przestaje działać, a Polska ma dziś jedną z największych luk w systemie opieki senioralnej w Europie (link do tego tekstu poniżej w "Tematach Dnia").

Co z tego, że jesteśmy połączeni bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, skoro jednocześnie coraz trudniej nam być naprawdę razem? Kiedy czytałam rozmowę z prof. Jackiem Wciórką, psychiatrą z 50-letnim doświadczeniem, wracało do mnie jedno zdanie: kiedyś w trudnej sytuacji można było pójść do kogoś starszego, bardziej doświadczonego. Dziś wszystko musi być sprofesjonalizowane.  

Z badań, na jakie powołuje się prof. Wciórka, wynika, że trudnych przeżyć, z którymi można sobie nie poradzić, doświadcza już 60–70 proc. Polaków. Profesor przekonuje jednak, że skuteczna pomoc nie może ograniczać się do recept i szpitalnych murów. Kluczowe są więzi, dostępność wsparcia i psychiatria środowiskowa, która dociera do ludzi tam, gdzie żyją.

W tym kontekście poruszyła mnie historia ze szpitala psychiatrycznego w Toszku. Na jego terenie zorganizowano festyn dla dzieci z okolicy pod hasłem walki z hejtem. Zapomniano jednak o pacjentach, w tym dzieciach leczonych na oddziałach psychiatrycznych. Dyrekcja odpowiada, że "wydarzenie miało charakter edukacyjny" i że pacjenci mogli w nim uczestniczyć zgodnie z zasadami bezpieczeństwa, czyli... patrząc na bawiących się ludzi zza szpitalnych szyb.

Dla mnie to jest właśnie najważniejsza lekcja z dzisiejszych tekstów - problem zaczyna się nie wtedy, gdy brakuje pieniędzy, miejsc w domach opieki czy psychiatrów, ale wtedy, gdy przyzwyczajamy się, że ktoś zostaje po drugiej stronie szyby, ekranu albo statystyki. I w ogóle nam to nie przeszkadza. 
To dzięki osobom, które subskrybują Wyborcza.pl, możemy tworzyć nie tylko ten newsletter, ale też reportaże, wywiady i śledztwa. Dziękujemy! Jeśli jeszcze nie masz prenumeraty cyfrowej, sprawdź aktualne promocje TUTAJ.
TEMATY DNIA
NIE PRZEGAP
DAJ SIĘ WCIĄGNĄĆ
PODCAST