Czwartek, 18 czerwca 2026
redaktor serwisu zakopane.wyborcza.pl
Dzień dobry,

Tą sprawą żyje cała Polska, włącznie z premierem. Ukraiński kierowca w towarzystwie przyjaciółki wjechał nad Morskie Oko sportową Corvettą. Złamał przepisy, które obowiązują na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego. Dostał za to pięcioletni zakaz wjazdu do Polski, w opinii wielu prawników kara jest niewspółmiernie surowa do popełnionego czynu

Temat od tygodni jest szeroko komentowany w całym kraju. I nawet Robert Bąkiewicz nie jest w stanie go przykryć, choć bardzo się stara. Samozwańczy lider Ruchu Obrony Granic  zorganizował manifestację pod Muzeum Auschwitz, a następnie pojechał do Berlina. 
 
Do zdarzenia z ukraińskim kierowcą, w ogóle by nie doszło, gdyby szlaban na tej popularnej trasie był zamknięty. Wjazd na drogę, poza konnymi fasiągami i busami elektrycznymi, wymaga specjalnej przepustki rejestrowanej w Tatrzańskim Parku Narodowym. Zezwolenie jest kontrolowane przy szlabanie na Palenicy Białczańskiej, gdzie rozpoczyna się szlak nad Morskie Oko. Jednak tamtego wieczoru szlaban był podniesiony. 
 
Teraz do sprawy odniósł się Radosław Sikorski, który w rozmowie z Dorotą Wodecką ocenia: - Influencer, jest atencjuszem, który robił sobie zasięgi, naigrywając się z naszego prawa. Najpierw śmiał się, że jako pierwszy wjechał samochodem nad Morskie Oko i "widoki były warte 100 złotych", potem twierdził, że to nawigacja go oszukała, a teraz, że zakaz wjazdu jest bezpodstawny. Przecież to kpina, szanujmy się. 

Kilka dni później obywatel Australii uczestniczył w nielegalnym rajdzie quadami pod Tatrami. Został złapany przez podhalańskich policjantów, jednak jego nie deportowano z Polski. A Robert Bąkiewicz może bez przeszkód wrócić do Berlina. 
To dzięki osobom, które subskrybują Wyborcza.pl, możemy tworzyć nie tylko ten newsletter, ale też reportaże, wywiady i śledztwa. Dziękujemy! Jeśli jeszcze nie masz prenumeraty cyfrowej, sprawdź aktualne promocje TUTAJ.
TEMATY DNIA
NIE PRZEGAP
DAJ SIĘ WCIĄGNĄĆ