"Off Campus" to idealna wakacyjna rozrywka, pełna pięknych młodych ludzi i ich perypetii, ale przy tym niepozbawiona poważnych tonów i nieunikająca trudnych tematów.
Oto ona, Hannah Wells (Ella Bright), studentka kompozycji dorabiająca do czesnego sprzątaniem na kampusie swojego uniwersytetu, natyka się w szatni na wychodzącego spod prysznica kapitana uniwersyteckiej drużyny hokejowej, Garretta Grahama (Belmont Cameli). Nagiego i przystojnego kapitana, oczywiście.
Hannah jest bardzo dobra z filozofii, którą Garret oblał, a potrzebuje zaliczenia, żeby móc grać. Hannah z kolei chciałaby zaliczyć… to znaczy związać się z niejakim Justinem, który jej nie zauważa. Garret proponuje więc umowę: Hannah zostanie jego korepetytorką, w zamian za co on zostanie jej udawanym chłopakiem i wywoła zazdrość Justina.
Plan się udaje w stu procentach. Garret jest w stanie powiedzieć kilka spójnych zdań o Kierkegaardzie, Justin i Hannah zaczynają współpracę nad piosenką. Tyle że Garret się zakochuje.
Banał? Nie do końca.
W następnym kroku Hannah prosi Garreta, żeby "dał jej orgazm", ponieważ po traumatycznych wydarzeniach z czasów liceum potrafi dojść tylko sama. A chce, żeby seks z Justinem się udał. Ufa Garretowi, uważa go za przyjaciela. I Garret jako dobry przyjaciel się zgadza. Oczywiście zostają parą.
Banał? Znów nie do końca.
"Off Campus" zaskakująco organicznie – bez sensacji, za to dość realistycznie – przedstawia wątki przemocy seksualnej czy domowej. To nie jest coś, czego spodziewałam się po serialu, który jest ekranizacją powieści z niezwykle popularnego obecnie gatunku nazwanego "smut", czyli romansów z dużą liczbą szczegółowo opisanych scen erotycznych.
I choć czasem zastanawiałam się, czy aktorom nie zakroplono czegoś do oczu, tak pięknie im błyszczą, a dialogi są czasem drętwe, historia Garreta i Hannah mnie wciągnęła. Do tego Garret i jego kumple są nie tylko dobrymi sportowcami ale i dobrymi chłopakami. Niczym zdobywcy serc publiczności zakończonego mundialu,
Erling Haaland i Jude Bellingham. Oby takich więcej.