Wieści z Puszczy

Niedziela, 16 sierpnia 2026

dziennikarz i przyrodnik

Muszę coś wyznać. Mam różne manie, niektóre całkiem silne. Jedną z nich jest przyjeżdżanie na dworce lub lotniska sporo przed czasem. Na dworcu muszę być przynajmniej pół godziny przed odjazdem pociągu inaczej naprawdę się denerwuję. Mogę to mieć z czasów PRL-u, gdy wszystko było bardzo niepewne, ale chyba nawet wtedy pociągi nie odjeżdżały przed czasem.

Tymczasem w mojej głowie naprawdę poważnym zagrożeniem jest to, że pociąg odjedzie np. 15 minut wcześniej.
Może nie może, ale wolę tego dopilnować. Z wiekiem objawy gorączki podróżnej, czyli Reisefieber tylko się pogłębiają. Moja partnerka Nuria ma zupełnie odwrotnie i potrafi wpaść na dworzec lub lotnisko w ostatniej chwili, co doprowadza mnie - nie za każdym razem, oczywiście - do potwornego rozedrgania.

Zadki z ruchliwymi cienkimi ogonkami na Pradze

Tak było i tym razem, kiedy na pociąg miała mnie odwieźć serdeczna przyjaciółka, radosna i opanowana Ada Zielska. Jej opanowanie zupełnie mi się jednak nie udzielało. Przeciwnie! Szliśmy po zacisznym i zielonym kawałku nowego osiedla na warszawskiej Pradze do jej samochodu, zaparkowanego „całkiem niedaleko". Ada mówiła, że poza tym „mam mnóstwo czasu".
Dzięki takim zapewnieniom moja Reisefieber tylko rośnie i nie wiem do jak krytycznego poziomu by doszła, gdybym nagle nie zobaczył czegoś, czego tak dawno nie widziałem, a bardzo mi tego brakowało.

Pokryte charakterystyczną szczecinką zadki z ruchliwymi cienkimi ogonkami.
– Ada dziki! – krzyknąłem radośnie.

– No przecież Ci mówiłam, że widuję tu dziki – Ada nie wydała się zupełnie zaskoczona.

Reisefieber minęła, wyparowały obawy, że pociąg odjedzie wcześniej. Zamiast iść prosto do samochodu skręciłem tam, gdzie dzicze stadko szukało pokarmu.
Wspaniale było urwać kilka minut obserwując dziki. Zrobiłem kilka zdjęć. 

I oczywiście zdążyłem na pociąg!

Wajrak: "Zimą w Puszczy widziałem dziki dwa razy, wiosną i latem żadnego"

Mieszkańcy miast takich jak Warszawa, Kraków czy Trójmiasto czytacie to i wydaje wam się pewnie, że coś mi się pomyliło. Przecież dziki to wasza codzienność. A co powiecie, jeśli Wam napiszę, że u nas w Puszczy Białowieskiej częściej widzę wilki niż dziki?

Oczywiście spotkanie z wilkiem to też nie jest częsta przygoda.

Ostatniej zimy w Puszczy widziałem dziki dwa razy, wiosną i latem żadnego. Wcześniej przez dwa lata nie widziałem dzików w ogóle. A wilki co roku widuję przynajmniej kilka razy.

Dziki oczywiście w Puszczy żyją, nagrywam je na fotopułapki, zwykle pojedynczo. Są jednak szalenie skryte i trudno się im dziwić.

Mało który gatunek dużego zwierzęcia jest tak bezwzględnie prześladowany przez ludzi.

Podbiegi dzików i chrumkanie to nie szarża!

Zacznijmy jednak od tego, że przed 2015 rokiem dziki były najczęściej spotykanymi ssakami kopytnymi w Puszczy Białowieskiej. Zanim zarządzono wówczas masakrę tych zwierząt widywałem je codziennie. Nuria mówi o nich "te nasze bardzo włochate i misiowate".

Bliskie spotkania z nimi to była czysta przyjemność, bo dziki to krótkowidze i jak człowiek się nie ruszał mogły podejść naprawdę blisko. Czasami gdy nie były pewne, kogo mają przed sobą, podbiegały truchtem po czym zastygały, by za chwilę chrumknąć ostrzegawczo i pognać w przeciwnym kierunku.

Takie podbiegi dla laika mogą wyglądać groźnie, a to nie jest żadna „szarża", tylko chęć sprawdzenia z kim ma się odczynienia. 

A ich zapach? Wspaniały i ostry!

Bywały lata, gdy dzików było bardzo dużo i takie gdy po mroźnych i śnieżnych zimach ich liczebność mocno spadała. W głębokim śniegu trudno im się poruszać, a w zamarzniętej glebie ryć. Ginęły więc z głodu i chorób, które osłabione osobniki łatwo łapały. 

Potem pięknie się jednak odradzały, bo mieć dużo potomstwa to naturalna reakcja dzików na kryzysy!

W jednym miocie może być nawet 12 warchlaków. 

Po latach obfitych w żołędzie Puszcza już w grudniu rozbrzmiewała dziczymi kwikami oznaczającymi czas miłości czyli huczkę. Potem wczesną wiosną pojawiały się pasiaste warchlaki. I tak właśnie dziki nadrabiały straty.

Jak człowiek pomógł dzikom w ekspansji

Kłopoty na linii człowiek-dziki pojawiły się nie tyle z powodu dziczej miłości do ziemniaków, co właśnie z braku zim. Dzików zaczęło przybywać w całej Europie. Stało się coś jeszcze ważne: miejsce pastwisk i łąk zajęły uprawy kukurydzy.
Dziki dostały więc nie tylko schronienie, ale też wspaniały wysokobiałkowy pokarm.

Dzięki temu mogły mieć już nie jeden, ale dwa mioty w ciągu roku.

Dziki szybko odkryły też, że spokój i wspaniałe źródła jedzenia - oprócz pól kukurydzy - mają w miastach. Tu pragnę podkreślić, że za zamianą klimatu, zmianą struktury upraw i dużą ilością odpadów spożywczych stoimy my, ludzie.

Prawdziwą tragedię przyniosło powtórne pojawienie się w Europie wirusa Afrykańskiego Pomoru Świń. "Pojawienie się" to jednak eufemizm, bo nie zawlekły go na nasz kontynent dziki, ale... ludzie. W transporcie wieprzowiny w latach 70. XX wieku ASF trafił do Portugalii, a w XXI wieku pojawił  się najpierw na Kaukazie i szybko dotarł do Europy.

Reakcja była natychmiastowa, podjęto decyzję, by wybić jak najwięcej dzików, które mogą być wektorem tej choroby.

Owszem, mogą. Szybko na nią zapadają i szybko od niej giną, choć też jakaś część się może uodparniać.

Rzeź na wschodzie Polski zaczęła się w 2015 roku, a dwa lata później zniesiono okresy ochronne dla dzików w całym kraju. Stały się wrogiem numer jeden… w wielu krajach Unii Europejskiej.

Rząd Danii, sympatycznego i - mogło się wydawać - progresywnego kraju pochwalił się wręcz, że udało mu się wybić wszystkie dziki. Innymi słowy w dobie katastrofy ekologicznej i globalnego wymierania cywilizowany kraj bez wstydu, a nawet z pewną dumą oświadczył, że dokonał eksterminacji rodzimego gatunku.

W Polsce liczebność dzików z 250-300 tysięcy w 2015 roku spadła do około 60 tys. obecnie. Strzela się do nich nie tylko na polach, nie tylko w lasach gospodarczych, ale również w parkach narodowych.

Dlaczego tak się dzieje? Skąd tak radykalne działania?

Moim zdaniem to czysta zachłanność.

ASF krzyżuje plany zapisane w Excelu hodowli przemysłowych

Afrykański Pomór Świń nie jest chorobą groźną dla ludzi. Chorują na niego tylko świniowate. Mało tego, mięso zarażonych świń wciąż nadaje się do spożycia.

W czym więc problem?

Otóż w tym, że wirus zabija nie wtedy kiedy chce tego człowiek. A wielkie hodowle przemysłowe mają wszystko wyliczone w Excelu. Całe życie biednych zwierząt jest zaprojektowane od narodzin, aż do dokładnej daty śmierci.

ASF krzyżuje im te plany.

Przemysł mięsny zapewne mógłby dobrze się zabezpieczyć i stosować ścisłą bioasekurację, ale łatwiej przerzucić koszty na społeczeństwo i na dziki, oczywiście. 

To dlatego myśliwi mogą polować na dziki, kiedy chcą i używać przy tym termowizji i noktowizji.

Za każdą zabitą lochę, budżet wypłaca myśliwemu do spółki z kołem łowieckim 650 złotych! A za innego dzika ponad 300 zł.

To wyciąganie publicznych pieniędzy trwa, choć procent zakażonych ASF wśród zastrzelonych dzików jest znikomy.

Na tym szkody dla przyrody się nie kończą.

Z powodu walki z ASF zagrodzono przejścia dla zwierząt (nad i pod drogami), co zachwiało migracją innych gatunków i niewątpliwe spowodowało, że zwierzęta zaczęły częściej pojawiać się na drogach. Nie miało to dla nikogo znaczenia, że wirus już jest prawie w całym kraju i dotarł do Niemiec. Przejścia dalej są zagrodzone.
Masowy odstrzał dzików spowodował też, że mamy ich więcej w miastach.

Przynajmniej kilka badań naukowych pokazuje, że zwierzęta potrafią unikać myśliwych i reagują na prześladowania. Dziki nie mają wyboru. Miasta - biorąc nawet pod uwagę prześladowania - są bezpieczniejsze.

Jakie są tego wszystkiego efekty?

ASF wciąż się rozprzestrzenia. Dziki są tam gdzie nikt ich nie chce. Za to tyle co kot napłakał jest ich w miejscach, w których są naprawdę potrzebne. To zwierzęta kluczowe dla ekosystemów leśnych. Wzruszają glebę, redukują niektóre owady, szczególnie larwy. Ich rola jest zresztą ważna także dla zdrowia ludzi.

Borelioza to przecież ciężka i przewlekła choroba, którą bardzo trudno leczyć. Larwy i nimfy, czyli dwa pierwsze stadia kleszczy zarażają się krętkami od gryzoni. Tych z kolei w lesie przybywa po latach nasiennych, w których dęby, graby i buki zrzucają olbrzymie ilości nasion.

Istnieje wyraźna korelacja pomiędzy latami nasiennymi, a zachorowaniem na boreliozę. Pokazują to badania amerykańskie i polskie (więcej o tym w tekście zalinkowanym powyżej). 

Dziki nie tylko zjadają gryzonie, ale jako pierwsze konsumują żołędzie i bukowe orzeszki. Ograniczają więc gryzoniom dostęp do pokarmu.

I choć byłem zachwycony warszawskimi dzikami, to po tym jak je zobaczyłem, zapragnąłem znów zobaczyć je w Puszczy, w takich liczbach, jak kiedyś.
Może pora dać dzikom spokój, przynajmniej w lasach?



OCHRONA PRZYRODY

Bielik amerykański - Jackie nie żyje. Samica była symbolem determinacji i obrony jeziora przed deweloperką
Bieliki amerykańskie są nie tylko symbolem narodowym w USA, ale także symbolem ludzkiej bezmyślności w stosowaniu pestycydów. 14-letnia Jackie była szczególnym ptakiem także z innych powodów.
CZYTAJ WIĘCEJ

KOCHAM OWADY!

KLIMAT I ŚRODOWISKO

NAUKOWCY DONOSZĄ

Polscy naukowcy donoszą. Biolodzy: 'Badamy, jak buki umawiają się na rok nasienny'
Skoro ludzie po kontakcie z kleszczem szukają informacji w Internecie, postanowiliśmy sprawdzić, czy liczba wyszukiwań słów 'kleszcz' i 'borelioza' zmienia się z roku na rok przewidywalnie do ekologii lasu.
CZYTAJ WIĘCEJ

REKOMENDACJE DLA CIEBIE