Gdy na Olsztyn Green Festival Kayah zaśpiewała „Testosteron”, a z nią kilkanaście tysięcy gardeł skandowało: „Ty mówiłeś, że strach lepszy jest niż szacunek”, pomyślałam, że w relacjach wszyscy chcemy być kochani. O tym, czy jesteśmy szanowani, przypominamy sobie później. Czasami za późno.
Pamiętacie Państwo Emmanuela Olisadebe? Dwie dekady temu był bohaterem reprezentacji – jego osiem goli pomogło Polsce awansować na mundial po latach przerwy. Głośno było też o jego bajkowym ślubie. Po 16 latach para się rozwiodła.
Sam rozwód dziś nikogo specjalnie nie dziwi. Za to słowa Olisadebe o byłej żonie brzmią niemal egzotycznie: „Beata to wspaniała, kochająca osoba. Bardzo dobrze wspominam te lata, które spędziliśmy wspólnie. Jest miłością mojego życia i to nie zmieni się nigdy”.
Instagram i tabloidy przyzwyczaiły nas do innego końca miłości. Publiczne oskarżenia, wzajemne zarzuty, screeny z prywatnych wiadomości i zdjęcia paparazzi spod sal sądowych. W wersji łagodnej dostajemy „nie chcę o tym mówić, ALE…”, po którym zazwyczaj dowiadujemy się wszystkiego.
I wtedy pomyślałam, że po rozstaniu wszyscy bawimy się trochę w detektywów miłości. Czy jeszcze coś czują? Tęsknią? Wrócą do siebie? A mnie coraz bardziej interesuje inne pytanie: czy z tej miłości ocalał choć szacunek? Zwłaszcza, że nauka podpowiada, że mocno go nie doceniamy.
Jennifer R. Frei i Phillip R. Shaver sprawdzili, co najbardziej odróżnia ludzi zadowolonych ze swoich związków od tych mniej zadowolonych. Miłość? Nie tym razem. To szacunek do partnera był silniej powiązany z satysfakcją z relacji niż to, jak bardzo go kochamy, lubimy czy jak oceniamy jego zalety i wady.
John Gottman, ceniony badacz związków, wyróżnił cztery zachowania zwiastujące rozpad relacji: krytykę, defensywność, wycofanie i pogardę. Tę ostatnią – wyśmiewanie, sarkazm, przewracanie oczami, protekcjonalny ton – uznał za najgroźniejszą z „Czterech Jeźdźców Apokalipsy”. Nie chodzi o jeden wredny komentarz, ale o odnoszenie się do drugiej osoby z pozycji wyższości.
Bo można być wściekłym na człowieka, którego wciąż się szanuje. Pogarda zaczyna się, kiedy przestajemy widzieć w partnerze kogoś sobie równego.
Jest jeszcze „efekt Michała Anioła”. Psycholożka Caryl Rusbult pokazała, że partner/partnerka może pomagać nam stawać się tym, kim sami chcemy być. Kluczowe jest właśnie „sami”. Nie chodzi o rzeźbienie drugiej osoby na własne podobieństwo, ale o wspieranie jej własnych aspiracji. I chyba trudno o lepszą definicję szacunku: widzieć w partnerze odrębnego człowieka, a nie własny projekt w fazie realizacji.
Może więc to nie pytanie „czy mnie kocha?”, ale „czy mnie szanuje?” jest game changerem naszych relacji? Miłość może się skończyć. Ludzie się zmieniają, zakochują w innych, przestają chcieć tego samego. Czasem trzeba odejść. Ale historia Olisadebe przypomina, że istnieje scenariusz, w którym można zamknąć za sobą drzwi bez konieczności podpalania domu.
Nie każda miłość zasługuje na happy end. Ale przyznacie Państwo, że każde rozstanie zasługuje na odrobinę przyzwoitości? Bo może sztuką nie jest kochać, tylko zachować szacunek, kiedy kochać przestajemy.