Rozgoryczenie właścicielek to codzienność. Oczywiście nie wszystkich, ale wszystkie jednoznacznie mówią o przyroście obowiązków firmowych wobec urzędów.
Usłyszałam takie zdanie ostatnio: „JESTEM STOŁÓWKĄ DLA URZĘDNIKÓW”
Przed nami wrzesień, który statystycznie jest mocno słabszy od innych miesięcy. W niektórych branżach nawet o 37%. Przy obrotach 30000 zostaje niespełna 18900.
Konkurencji przybywa szybciej niż dobrych klientek
Statystyki ogólnokrajowe pokazują wzrost liczby salonów szybszy niż przyrost klientów.
Do 14000 salonów dołączyło ~1800 (więcej, ale część się zamyka dość szybko) czyli trzeba podzielić się klientami z legalnie nowo otwieranymi salonami i tymi, których państwo nie rozliczy, czyli działalność nierejestrowa.
I to rodzi autentyczny żal:
„Ja płacę lokal, ZUS, podatki i sterylizację, a klientka porównuje mnie z kimś, kto robi usługę w pokoju za pół ceny”.
I co dalej?
Zainwestowałaś, zrezygnowałaś z własnego wynagrodzenia, żeby biznes ruszył i co teraz, kiedy jest na granicy opłacalności, albo nie?
Ze statystyk wynika, że największy problem stanowią koszty.
„Przychód mam większy, bo ceny są wyższe, ale dochód jest niższy niż kiedykolwiek”.
„Pracownica dostała wypłatę, ZUS dostał, hurtownia dostała, wynajmujący dostał. Tylko ja znowu nie dostałam”.
W publicznych rozmowach przewija się problem pracownicy siedzącej w pustym salonie, prowizji, minimalnej stawki oraz pytanie, kto ma pozyskiwać klientki.
Prawdziwy dylemat właścicielki:
„Muszę jej zapłacić za obecność, ale nie mam kogo jej dać”.
Albo:
„Zatrudniłam osobę, żeby zarabiać więcej, a teraz pracuję na jej wynagrodzenie”.
To szczególnie boli w słabszym miesiącu: przychód spada, a koszt zespołu nie znika.
„Na promocję się zapisały. Kiedy podałam normalną cenę, wszystkie zniknęły”.
„Odwołały dzisiaj dwie i zniknęło mi 600 zł”
I tak dalej.
Tej goryczy jest dużo, ale nie wynika tylko z sytuacji na rynku.
Organizacja, przyzwyczajenie, ze „tak było” sprawiają, że wiele osób najbardziej zaczyna dostrzegać brak sensu w tym co robi.
Pisze to kolejny raz, ale tak trzeba. STARY SYSTEM NIE DZIAŁA!!
Potrzebne sa zmiany systemowe, a nie narzekanie, które pogarsza samopoczucie, a niczego nie zmienia.
Każdy z właścicieli kiedyś poczuł tzw. „sezon”, poczuł „konkurencję”, która z impetem weszła na rynek. Widzieliśmy wiele na przestrzeni lat.
Ale zmian, które teraz postępują błyskawicznie to zmiany SYSTEMOWE.
Klientki nie znikają. Przychodzą rzadziej i kupują ostrożniej.
Kupują inaczej.
Musisz przestać tracić klientki, za które już zapłaciłaś reklamą, czasem i swoją pracą.
Właśnie kończy się pierwsza edycja LABORATORIUM BIZNESU. Uczestniczki z ogromnym zaangażowaniem rozkładały swoje salony na czynniki pierwsze.
Jeden z małych salonów jednoosobowych wdrażając nowe rozwiązania zwiększył obroty o prawie 10000 zł.
Inna z analiz pokazała salon robiący około 30 000 zł obrotu miesięcznie. Z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze. Problem? Klientka przychodziła na zabieg za 300 zł, płaciła i znikała.
Nikt nie pokazał jej planu na kolejne miesiące. Nikt nie zadbał o jej powrót. Więc salon ciągle wydawał kilka tysięcy na reklamę miesięcznie.
I to jest dziś największa dziura w wielu biznesach beauty.
Nie brak klientek.
Brak pomysłu, co zrobić z klientką, kiedy już przekroczy próg salonu.
Jeżeli sierpień zabolał Cię finansowo, nie czekaj, aż „wrzesień sam się rozkręci”.
Bo może się nie rozkręcić.
Otwieram nabór do kolejnej edycji LABORATORIUM BIZNESU.
Jeden nowy protokół może stać się nowym systemem Twojego salonu!
Będziemy pracować nad tym, dlaczego klientek ubywa, gdzie naprawdę uciekają pieniądze i jak przestać zaczynać każdy miesiąc od pustego grafiku i paniki.