Które miasta w Polsce są naprawdę najbardziej zieloneCzyli co mi po hektarach lasu, kiedy pod oknem sam betonOstatnia dekada to w Polsce czas betonozy — przede wszystkim w postaci wycinania drzew i betonowania placów, ale w skrajnych przypadkach także budowania nowych, komercyjnych budynków w parkach. Powstała też na ten temat ciekawa książka Jana Mencwela (polecam), w której autor zastanawia się, skąd zamiłowanie polskich samorządowców — ale i nas samych — do betonu, a nienawiść do drzew. Tym bardziej, że jednocześnie, jeśli zapytać Polaków o to, co cenią przy wyborze miejsca zamieszkania, zieleń i cisza byłaby zapewne na samym szczycie listy. Co roku dziesiątki tysięcy Polaków przeprowadza się na przedmieścia, do domów z ogrodami i na coraz to dalszych polach i skrajach lasów, w poszukiwaniu tejże zieleni właśnie. W dużych miastach, gdzie cena ziemi jest zbyt duża, by budować dom jednorodzinny, co druga inwestycja deweloperska ma w nazwie coś kojarzącego się z zielenią: park, ogrody, garden, green, zielone itd. Przy zachwalaniu swoich inwestycji deweloperzy zawsze zaznaczają, jak blisko miałby być najbliższy park. Zainteresowanie zielenią dobrze obrazują też mnożące się wszędzie rankingi “najbardziej zielonych miast w Polsce”, na przykład ten portalu Rynek Pierwotny. Problem w tym, że te rankingi patrzą na ogólny obszar zieleni (lasów, parków czy skwerów) w powierzchni miasta. Przykładowo, Katowice wypadają w takim rankingu fantastycznie, bo w granicach administracyjnych miasta zmieściły się ogromne kompleksy leśne (zaznaczone na mapie ciemnozielonym kolorem) — tyle tylko, że (potencjalnie) mieszkańcom centrum miasta na niewiele się one zdają, bo są daleko od ich miejsca zamieszkania. Podobnie z resztą może być w innych miastach: o ile Warszawa, Trójmiasto, aglomeracja śląska i w mniejszym stopniu Poznań na mapach wyraźnie odznaczają się wielkimi połaciami lasów, kiedy przykładowo Kraków wygląda jak betonowo-polna pustynia, niekoniecznie może zgadzać się to z odczuciami “na żywo”. Postanowiłem się przyjrzeć problemowi z nieco innej — i według mnie lepszej — perspektywy. Zamiast obliczać procent powierzchni miasta zajmowany przez tereny zielone, zbadałem jaki procent mieszkańców miasta mieszka blisko zieleni, i to zieleni faktycznie dostępnej (czyli parków, skwerów czy lasów, w których są alejki spacerowe), a nie powierzchni zielonej ogółem, do której wliczałoby się też ogródki działkowe czy nieprzeniknione bory. Natchnęło mnie do tego San Francisco, które już dawno rozpoznało korzyści zdrowotne z zapewnienia mieszkańcom dostępu do terenów zielonych i w 2017 roku z dumą ogłosiło, że 100% mieszkańców tego miasta ma do przynajmniej jednego parku nie dalej niż 10 minut pieszo (a co więcej, połowa ma w zasięgu 10-minutowego spaceru co najmniej pięć różnych parków!). Od tego czasu w USA inne miasta wyprzedziły San Francisco w kwestii dostępności parków, ale nie widziałem podobnego opracowania dla Europy, a już zupełnie nie dla Polski, więc trudno porównać, czy nasze miasta dorównują tym amerykańskim pod tym kątem. Jak więc wygląda dostęp do zieleni w największych polskich miastach? Zacznijmy najpierw od tego, że zaskakująco ciężko zdefiniować zieleń, a także zdobyć wiarygodne dane na temat różnych obszarów zielonych. Czy na przykład łąka to zieleń miejska? Albo czy las to teren zielony na potrzeby tego badania? Na początku chciałem skupić się na parkach miejskich i wykorzystać dane z OpenStreetMap, czyli mapowego odpowiednika Wikipedii, jednak pojawiły się z tym spore problemy — przykładowo, w Katowicach tą samą kategorią zaznaczono łąki na Sztauwajerach (jednoznacznie rekreacyjny teren zielony utrzymywany przez miasto) jak i… zieleń pomiędzy łącznicami węzła autostradowego Mikołowska (trudno mi sobie wyobrazić zrobienie tam pikniku). Zwróciłem się więc do innego źródła — programu Copernicus prowadzonego przez Unię Europejską, który prowadzi badania na temat zagospodarowania terenu w obszarach metropolitarnych państw członkowskich i stowarzyszonych. Niestety, i tu pojawił się pewien problem. Klasyfikacja obiektów nie zawsze była prawidłowa — przykładowo, w Poznaniu Copernicus nie rozpoznał skweru Ireny Bobowskiej na Jeżycach jako parku, mimo że, przynajmniej w mojej opinii, to miejsce jak najbardziej powinno liczyć się jako park Takie przypadki były jednak jednostkowe. Po drugie, dane z Copernicusa są za 2021 rok — mogą nie mieć niektórych parków. Trzeci problem to lasy. Długo zastanawiałem się, czy je wliczyć w zieleń, z której mogą skorzystać mieszkańcy i koniec końców zdecydowałem się, że jednak tak (pod pewnymi warunkami¹). Skłoniło mnie do tego to, że w polskich miastach lasy nie są dzikie. Przykładowo w Warszawie, Las Bielański czy Las na Kole są na pewno dziksze niż typowy park, ale jednocześnie znajdują się tam place zabaw, siłownie pod chmurką i inne podobne instalacje jasno wskazujące, że las jest wykorzystywany w celach rekreacyjnych przez okolicznych mieszkańców, a miasto utrzymuje do pewnego stopnia tamtejszą infrastrukturę. Kiedy już miałem zdefiniowane tereny zielone, drugim problemem było to, jak policzyć, ile mieszkańców mieszka gdzie. Corocznie GUS publikuje tylko informacje o tym, ile mieszkańców jest w danej gminie — przykładowo, cały Kraków to jedna gmina. Dokładniejszym źródłem są dane o liczbie mieszkańców w obwodach statystycznych. Niestety, w Polsce niestety tego typu dane dostajemy raz na 10 lat, z okazji spisu powszechnego, a więc te dane są już nieco stare — pochodzą z 2021 roku. Mimo wszystko wydało mi się, że lepszym będzie użycie tych nieco starszych, ale dokładniejszych danych, tym bardziej, że z tego samego roku pochodzą dane o parkach. Co więcej, przeliczyłem ludność z tych obwodów na budynki mieszkalne (wykorzystując powierzchnię zabudowy i liczbę kondygnacji), żeby wyniki były jeszcze bardziej dokładne. Kiedy miałem już te dwie warstwy, stworzyłem model sieciowy na podstawie danych o ulicach, ścieżkach i chodnikach ze wspomnianego OpenStreetMap. Wykluczyłem te, na których zakazany jest ruch pieszy i ustaliłem, że przeciętny człowiek w 5 minut może przejść 400 metrów, a w 10 minut — 800 metrów. Na tej podstawie, od każdego wejścia do parku (zdefiniowanego jako przecięcie sieci dróg/ścieżek z granicą parku) obliczyłem, jak daleko można dojść w 5 lub 10 minut i ile osób mieszka po drodze. Na mapie, na przykładzie Krakowa, wygląda to mniej więcej tak jak poniżej. Nie więcej niż 5 minut do parku mają mieszkańcy większości dzielnic centralnych (wyjątkiem są Grzegórzki, a także Piasek Północ — co ciekawe w tym ostatnim jest sporo obszarów zielonych, ale należących do Kościoła katolickiego i niedostępnych dla zwykłych obywateli). Jeśli czas dojścia rozszerzymy do 10 minut, dostępu do parku nie mają już praktycznie tylko mieszkańcy rozbudowujących się chaotycznie peryferyjnych dzielnic. Blisk |